Wojenka, wojenka

Każdy walczy z każdym. Jeden drugiemu głosy chce wydrapać (zamiast oczu). Polityka to brudna rzecz. Nawet sprawa z węglem jest czystsza niż polityka. Nie można bowiem nazwać inaczej sytuacji, w której rzecznik rządu Ewy Kopacz robi szkolenia dla posłów opozycji w kwestii tego, co mają mówić. W takich sytuacjach warto się zastanowić, czy mamy jeszcze na naszej scenie politycznej podział na opozycję i koalicję, czy to jest już tylko gra pod publikę, aby nie wyszło na jaw, w jaki sposób odprowadzane są nasze pieniądze.

A pomysłów na ich odprowadzenie nasi politycy mają zaiste mnóstwo. Gdyby tak przełożyli swoją kreatywność na możliwość poprawy sytuacji w kraju, wszyscy bylibyśmy bardziej niż szczęśliwi,  a nasz kraj rzeczywiście mógłby się stać zieloną wyspą. Póki co ta zieleń to jedynie ilustracja wskazująca na niedoświadczenie wyborców.

Przy każdych wyborach mamy tę samą sytuację i w tym roku po raz kolejny się powtórzy, choć nie mówi się o tym jeszcze zbyt głośno, a nawet chyba wcale. Część z nas w ogóle nie pójdzie do wyborów, bo uzna, że nie ma na kogo głosować, a część zwyczajnie da się nabrać, naiwnie wierząc, że tym razem będzie inaczej. Prezes PiS zapewne znowu będzie wołał, że sfałszowano wybory, a posłanka Pawłowicz potwierdzi słowa prezesa żelaznym argumentem, iż nie są potrzebne dowody na fałszerstwo, bo wystarczy, że oni tak mówią.

W naszym pięknym kraju istotnie nie ma na kogo głosować? Dlaczego? Dlatego, że jedyne co się zmienia to sztandary i nazwy partii, ale ich członkowie oraz przywódcy pozostają od lat ci sami. Polska polityka potrzebuje świeżej krwi i świeżego spojrzenia. Niestety na tego typu przemiany raczej się w najbliższym czasie nie zanosi.

Daleko za naszą wschodnią granicą toczy się regularna wojna. Nikt tego wprost nie powie, ale tak właśnie jest. Oczywiście jest to ogromne wydarzenie medialne, bo nic się tak dobrze nie sprzedaje, jak ludzkie tragedie. Rzecz w tym, że ta wojna wkrótce wcale nie będzie musiała ograniczać się jedynie do Ukrainy, bo są w Polsce politycy, którzy rozważają możliwość posłania polskich wojsk w rejon walk.

Nie rozumiem tylko po co. Pokazać się na arenie międzynarodowej, jako bojownicy za wolność uciśnionych? Od wieków Polska uważa siebie za Winkelrieda narodów, znamy to choćby z Kordiana, ale nie widzę sensu, ani potrzeby wtrącania się naszych wojsk w to co się tam dzieje. Szczerze mówiąc wolałbym, aby nasi żołnierze wzięli udział w wyzwoleniu Afryki, bo wiele jest krajów, które potrzebują tam uleczenia, ale o tym się nie mówi i nie myśli, bo to zbyt odległe tereny i korzyści z tego żadne. Sęk w tym, że z udziału w walkach na Ukrainie również korzyści żadnych nie będzie.

Nie chodzi mi o ewentualną agresję Rosji na Polskę, z którą moglibyśmy się spotkać w ramach odpowiedzi za podjęcie takich działań, bo jeśli przyjdzie konieczność stanąć w obronie własnego domu przez ewentualnym agresorem to ja tę walkę podejmę. Jednak nie zamierzam przelewać krwi w bezsensownym sporze, który prędzej czy później i tak może się rozlać po całej Europie. Już samo udzielenie kredytu Ukrainie, na który nas notabene nie stać, wydaje mi się czymś zupełnie absurdalnym. Zwłaszcza, że Polacy sami między sobą prowadzą nieustanną wojnę i jeśli coś chcą zmienić, powinni zacząć od zmiany rządu i całej sceny politycznej, bo nic dobrego z ich rządzenia nie wynika, a zanosi się na to, że będzie jeszcze gorzej.