Ewa Kopacz moim zdaniem.

Nikt wam tyle nie da, ile ja wam naobiecuję. Swego czasu w ten sposób żartowano sobie z poprzedniego premiera naszego kraju – Donalda Tuska. Mylą się osoby, które zasugerowały się tytułem, jeśli uznały, że w tej chwili adresuję te słowa do Ewy Kopacz. Nic podobnego.

Adresatem tych słów są wszyscy, literalnie W-S-Z-Y-S-C-Y politycy w naszym kraju, bo wierzę im mniej więcej tak bardzo, jak, hipotetycznie, oplatającej mnie anakondzie twierdzącej, że chce mnie jedynie przytulić. A może nawet mniej.

Nie będę jednak krytykował pani Ewy Kopacz za to, że robi to, co robi. Każdy, kto łudził się, że pani premier jest w stanie cokolwiek realnie zmienić wraz ze swoim rządem podczas tej jakże krótkiej kadencji, jest naiwny bardziej niż dziecko.

W tej chwili w Warszawie trwa spór z górnikami. Jakże to wszyscy dobrze znamy. Jedni popierają górników, jedni stoją po stronie rządu, choć ta grupa jest raczej mniej liczna. Nie są to spory jakieś nowe, nieznane, abstrakcyjne. Niemniej jednak tym razem godzą one w życie ludzi związanych z górnictwem.

Owszem, rząd zapewnia, że 6 tysięcy osób zostanie przeniesionych do innych zakładów. Ale co z pozostałymi 44 tysiącami? Górnicy mają też dostać odprawy. Nie wiem jak wysokie, ale bądźmy szczerzy, jak wysokie by one nie były, nie zapewnią ani górnikom, ani ich rodzinom godnego życia. Nie dlatego, że uważam, iż będą za niskie, nie. Po prostu to pomoc doraźna, jednorazowa, a więc środki na tę pomoc szybko się wyczerpią.

W tym sporze rozumiem obie strony. Rozumiem zainteresowanie rządu tym, aby nierentowne kopalnie przestały generować straty, które w przyszłym roku mogłyby sięgnąć nawet miliarda złotych, bądź go przekroczyć. Rozumiem oczywiście górników, którzy całe życie związani byli z jednym zawodem i na rynku pracy w obecnym kształcie nowego fachu raczej nie znajdą, dlatego walczą o swoje.

Nie rozumiem tylko, dlaczego znowu ma zastosowanie odpowiedzialność zbiorowa. Skoro kopalnie nie przynoszą zysków, to nie dlatego, że wydobywają za mało węgla. Węgla nigdzie nie brakuje, po prostu jest za drogi i ludziom nie opłaca się ogrzewać domów węglem, a nie ukrywajmy, zakładów korzystających z tego surowca nie ma w naszym kraju zbyt wiele i nie są one w stanie wykupić całego zapasu.

Zamiast zamykać kopalnie, a później importować węgiel z zagranicy, lepiej zrobić promocję, jak w sklepach. Nie łudźmy się, węgiel nadal będzie potrzebny i będzie trzeba sprowadzać go od naszych sąsiadów, co jest skrajnie dziwaczne, skoro zasoby własne są w stanie zaspokoić potrzeby Polaków jeszcze na długi czas.

Ponadto, skoro opłaty dodatkowe i podatki, z powodu których wydobycie węgla i jego sprzedaż ustawia ceny na zbyt wysokim pułapie, to chyba ktoś źle zarządza Kompanią Węglową. Tylko oczywiście nie zmieni się prezesów. To robotnik musi ucierpieć, choć daje z siebie najwięcej i najwięcej ryzykuje. Wszyscy wiemy, że górnicy każdego dnia schodząc pod ziemię, ryzykują. Niejednokrotnie doszło już w kopalniach do tragedii. I może o tym wszystkim wiemy, ale ci z nas, którzy nie byli nigdy na grubie, nie zrozumieją istoty tej pracy.

Dlatego tym bardziej żal mi górników, bo nie sądzę, aby zdołali cokolwiek uzyskać swoimi protestami. Przy stole negocjacyjnym siedzą politycy. Jedni z rządu, drudzy ze związków zawodowych. Jedno pani premier trzeba przyznać. Rychło w czas zaczęła wdrażać pomysł z restrukturyzacją. Gdyby to miało kilka miesięcy później, musiałaby obiecywać cuda na kiju, żeby pozyskać elektorat dla swojej partii w wyborach parlamentarnych.

O wyborach pamięta Jarosław Kaczyński, który już teraz próbuje gwarków przeciągnąć na swoją stronę, próbując im wmówić, że ich rozumie i mają rację, bo to przez obecną władzę sytuacja w górnictwie wygląda tak źle. Pan prezes najwyraźniej nie pamięta czasów, gdy sam zmagał się z protestami górników, bo one są jak pory roku – wracają cyklicznie.

Do wyborów szykuje się także Kongres Nowej Prawicy, który pozbył się wizerunkowego problemu, jakim był dla niego Janusz Korwin-Mikke. PiS z pewnością nie wykaże się podobną inicjatywą. A może i szkoda, ale to temat na inny wpis.

Kaczyński bierze górników na litość licząc na ich krótką pamięć, KNP pozbywa się JKM, SLD w wyborach prezydenckich wystawia kobietę, a Ewa Kopacz negocjuje z górnikami. Być może się pomyliłem, być może górnicy jednak coś wskórają, bo może właśnie w ten sposób rząd Kopacz chce zyskać elektorat? Jak? Najpierw strasząc górników utratą pracy, a potem jednak zgadzając się na ich postulaty. Wtedy ludzie odetchną z ulgą i docenią panią premier jako osobę mądrą i skłonną do kompromisów.

Oczywiście etap budowania zgody jeszcze nie nadszedł, ale z lekarzami było podobnie. Najpierw wszystko zostało postawione na ostrzu noża, a potem w cudowny sposób załagodzone, gdy ustawa paliwowa została po cichu przeforsowana w sejmie.

Mam tylko nadzieję, że górnicy nie są jedynie zasłoną dymną, za którą znowu rząd chce potajemnie przemycić jakiś dziwny pomysł. Na przykład z sugestią Piechocińskiego, który wspominał coś o podnoszeniu co roku składki zdrowotnej.

Jak będzie, czas pokaże, ale jedno jest pewne, kampania wyborcza trwa i będziemy świadkami jeszcze wielu kontrowersyjnych wydarzeń.

 

PS